Z każdym rokiem coraz bardziej uświadamiam sobie, że lubię swój zawód. Z każdym rokiem też myślę, że kiedyś złożę wypowiedzenie i nigdy więcej nie stanę za biurkiem i nie powiem, co jest tematem lekcji. Sama sobie jestem winna.
Winą jest mój brak systematyczności i durna potrzeba robienia czegoś jeszcze.
Wymyśliłam sobie kiedyś, bardzo dawno temu, że nauczyciel, którym chcę być ma być wzorem dla uczniów nie tylko przez 45 minut. Chciałam móc im pokazywać swoim życiem, że coś się w nim liczy. Przychodzi listopad, masa wydarzeń, coraz więcej sprawdzianów, coraz więcej konkursów i pokazuję im, że jestem niesystematyczna i nie można na mnie polegać.
Samej przed sobą jest mi wstyd, ale kiedy wracam z pracy i mam jeszcze siadać do biurka i czytać, sprawdzać... Nie chcę mi się. W konsekwencji mam tyły nie tylko ze sprawdzaniem (i to coraz większe), ale też w czytaniu lektur, uzupełnianiu dokumentów czy w ogóle myśleniu o tym, co będzie jutro na lekcji. Przez to moje lekcje są nieciekawe, nieprzemyślane. O ile w podstawówce szybko łapałam wiatr w żagle i improwizacja była moim żywiołem, który się sprawdzał, to w gimnazjum już się to nie sprawdza.
Spałam wczoraj dwie - trzy godziny. Pracowałam od 8 do 15.30 niemal ciągiem. Byłam na rozmowach paczkowych, rozmawiałam z KR. Sprawdzać na pół świadomie czy spać i wstać rano (a przynajmniej próbować)? Oczywiście, że po 5 latach z moim mężem to możliwa jest tylko druga opcja.
Zatem dobranoc.
Belferzyca

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz